Złudna prywatność w sieci i jej wpływ na nasze dane

Prywatność

Liczba osób korzystających obecnie z platform mediów społecznościowych przekracza już 50% światowej populacji. Można powiedzieć, że logowanie się na instagramowe lub facebookowe konto w szybkim tempie staje się codziennością większości z nas. I nic w tym dziwnego, w końcu komunikacja ze światem zewnętrznym przeniosła się w dużej mierze do przestrzeni internetowej. Tam znajdziemy naszych najbliższych, poznamy przyjaciół z przeciwnego krańca globu oraz dowiemy się najświeższych informacji na temat ulubionych artystów sceny publicznej. Te cudowne platformy powstały w szlachetnym celu zbliżania ludzi ku sobie, jednak posiadają mniej widoczną, ciemną stronę. Stronę, którą ciężko zignorować – nawet w natłoku bodźców i coraz to nowych, innowacyjnych rozwiązań.

4,2 miliarda użytkowników na całym świecie

Takie liczby imponują, nawet jeśli spoglądamy jedynie na Polskę. W naszym społeczeństwie mamy aż 25,9 miliona osób korzystających z różnych mediów społecznościowych, a to już zdecydowana większość z nas. Postępująca digitalizacja to dla jednych największa zaleta, a dla innych najgorsza zmora naszych czasów. Niezależnie od tego, jaką strategię przyjmiemy, nie sposób zaprzeczyć, że jest to nieunikniony proces, który w najlepszym wypadku możemy kontrolować, a nie zatrzymać. Skromne początki social mediów nie przewidywały tak znaczącego rozwoju, na pewno nie w takim stopniu, jaki osiągają dzisiaj. Na własne oczy obserwujemy, jak zmieniają się każdego roku, prezentując kolejne funkcje i zastosowania. Za zmieniającymi się trendami ciężko jest nadążyć – nawet w obrębie jednej platformy. Z tego względu charakterystyczną cechą dzisiejszego społeczeństwa jest niesamowita cecha do adaptowania się do błyskawicznie zmieniających się nowości technologicznych. Podążając z telefonem w dłoni przez bezgraniczne zakamarki cyfrowego świata mamy natychmiastowy dostęp do wszystkiego, czego zapragniemy.

Czy prywatność w sieci jest możliwa?

Jak to mówią, człowiek jest zwierzęciem stadnym, ale – jak również mówią – co za dużo, to nie zdrowo. Do właściwego funkcjonowania każda osoba powinna zachować balans pomiędzy obszarami prywatności wyznaczanymi w psychologii: autonomii, przestrzeni osobistej, tajemnicy oraz anonimowości. Jak łatwo zauważyć, obecnie dbanie o każdy ten składnik jest niezwykle trudne. Poprzez media społecznościowe mamy dostęp do tak szerokiej publiki, jak nigdy wcześniej, a nasze działania w Internecie wystawiane są na ocenę (często niezbyt przychylną) ludzi, których nie bylibyśmy w stanie poznać tradycyjnymi metodami. Pojęcie prywatności postrzegamy zupełnie inaczej w świecie rzeczywistym i świecie wirtualnym, a może wcale nie powinniśmy. Bariera w postaci ekranu sprawia, że wgląd osób trzecich w konwersację z przyjacielem za pośrednictwem komunikatora internetowego traktujemy jako mniejsze naruszenie sfery prywatnej, niż przeczytanie przez kogoś nieuprawnionego naszego listu. Choć świadomość użytkowników Internetu dotycząca udostępnianych danych jest na wyższym poziomie niż w 2004 roku, kiedy swoje pierwsze kroki stawiał Facebook, to nadal trzyma się nas złudne poczucie anonimowości i bezpieczeństwa.

Cena, którą płacimy

Prawda jest taka, że każda aktywność w sieci jest rejestrowana. Odwiedzane strony, wpisywane zapytania, podawane dane osobowe – to wszystko pozostawia po sobie ślad i tworzy indywidualny obraz użytkownika za pośrednictwem plików ciasteczek. Są sposoby na ograniczenie wglądu w nasze działania, jak np. oprogramowanie VPN, ale nie chronią one przed pozyskiwaniem danych przez takie platformy jak Facebook, czy Instagram. W momencie akceptacji regulaminu dobrowolnie oddajemy nasze dane w ręce ogromnych korporacji, które zarabiają na nich niemałe pieniądze.

Jeśli nie płacisz za produkt, to sam jesteś produktem” – cytat zaczerpnięty z filmu dokumentalnego pt. „The Social Dilema” idealnie obrazuje dzisiejszą relację marki i konsumenta. Wizja darmowych usług, do których mamy nieograniczony dostęp po podaniu kilku podstawowych informacji na swój temat, brzmi kusząco. W końcu nic to nie kosztuje, a daje tak wiele. I z pewnością dla sporej części użytkowników udostępnienie kilku danych nie będzie wielkim problemem, a może być wręcz postrzegane jako zaleta – ze względu na personalizację treści i tworzenie korespondujących z zainteresowaniami ofert reklamowych. Innych może przyprawiać o ciarki świadomość „podglądania” każdej aktywności w sieci. Właściwie większość z nas zdaje sobie sprawę z dyskretnej inwigilacji, na którą przyzwalamy, o czym świadczą rozmaite żarty o wielkim bracie oraz agentach FBI podsłuchujących komunikację telefoniczną.

Mając rozległą wiedzę na nasz temat, korporacje posiadające duże zasoby i wpływy mają moc kreowania rzeczywistości, jaka jest wygodna dla tego, kto zapłaci najwięcej. Oczywiście nie mówimy tutaj o otwartej manipulacji, a subtelnych działaniach, których idealnym przykładem jest głośny skandal Cambridge Analytica i Facebooka ujawniony przez Brittany Kaiser i Christophera Wylie. Firma przyczyniła się w znacznym stopniu do sukcesu kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa oraz zwycięstwa zwolenników Brexitu w Wielkiej Brytanii. Wszystko to za sprawą zbieranych danych użytkowników Facebooka oraz tworzenia specjalnie skonstruowanych dla nich treści. Czerpanie tego rodzaju korzyści z generowanych przez nas informacji w sieci oraz manipulowanie przekazem wykracza poza jakiekolwiek świadome zgody udzielane na portalach społecznościowych.

Jak więc dbać o swoją prywatność?

Pytanie, czy w ogóle zależy nam na całkowitej prywatności? Większość użytkowników social mediów korzysta z platform w sposób czynny, udostępniając wszelkiego rodzaju treści oraz komunikując się ze znajomymi i obserwatorami. Nie ma w tym nic złego, dopóki wiemy co i w jaki sposób jest na nasz temat przechowywane, a później przetwarzane. Dlatego, zamiast toczyć spory o bezwzględną prywatność w sieci, powinniśmy raczej domagać się suwerenności danych i mieć udział w ogromnym zysku, który wielkie przedsiębiorstwa zdobywają naszym kosztem. Decyzja o tym, które dane przekazujemy, jakiej organizacji i w jakim celu, powinna należeć do użytkowników.

Taka wizja wydaje się oderwana od rzeczywistości, ale jest jej bliższa, niż mogłoby się zdawać. Orędowniczką tego rozwiązania jest np. wspominana już Brittany Kaiser, która od 2018 roku współtworzy fundację Own Your Data. Głównym założeniem organizacji jest propagowanie idei inteligencji cyfrowej oraz rozwijanie umiejętności właściwego funkcjonowania w scyfryzowanym świecie. My jako WETOG również rozpoznajemy istotę świadomego gospodarowania tym ogromnym zasobem, jakim są dane, dlatego gwarantujemy naszym klientom swobodę i bezpieczeństwo za pośrednictwem naszej platformy.